2010-08-12

Układ tożsamości – system reagowania w naszym ciele i umyśle, który zawęża świadomość, napycha umysł kłębowiskiem myśli i spina ciało - może zabić. Właśnie zabił Rosjanina, który chciał zostać mistrzem świata w przebywaniu w saunie. Siedział tak długo w temperaturze 110 stopni, wraz ze swoim przeciwnikiem z Finlandii, że w końcu obaj stracili przytomność. Fina odratowali lekarze.
Umysł-ciało zostawione same w sobie nigdy by na to nie pozwoliły. Działając w harmonii wyszliby z sauny, przy pierwszych oznakach przegrzania. Układ tożsamości postanowił jednak zostać. Przerwał połączenie między ciałem i umysłem - stały strumień impulsów wysyłanych z ciała do umysłu, że gorąco i z umysłu do nóg, żeby ruszyły z miejsca.
Zadziwiająca jest ludzka maszyneria, która woli zdobyć mistrzostwo świata w dyscyplinie ciekawostkowej niż żyć. Jak bardzo trzeba nienawidzić zwykłego siebie, żeby aż tak pragnąć siebie – mistrza świata.

2010-07-25

Życie prenatalne książki jest dość burzliwe. Być może bardziej niż życie po narodzinach, choć mam nadzieję, że tak nie będzie w przypadku Stoicyzmu ulicznego. Życzę swojej książce wielu przygód. Na razie – przed jej narodzinami – gdy niespokojnie trzeba robić ostatnie poprawki i dobierać tło muzyczne na CD zamieszczam fragment:
Zapytany o czym myśli stoik powinien zdaniem Marka Aureliusza natychmiast, swobodnie i bez wysiłku odpowiedzieć: o tym i o tym. Musi mieć zatem bezustanną świadomość swoich myśli, a same te myśli powinny być proste i życzliwe. Głowa zaś wolna od dręczyciela, który nieustannie nas atakuje, karze i wysysa energię życiową.
Uważność uwalnia od czegoś jeszcze – od udręki mającej źródło w potrzebie ostatecznego rozwiązania swoich problemów i osiągnięcia wiecznej szczęśliwości. Życie jest jak puzzle z ciągle zmieniającym się obrazkiem. A na dodatek zawsze brakuje kilku elementów. Mniemanie, że możemy poskładać życie w skończony, niezmienny obraz jest urojeniem. To rodzaj złudzenia: będę szczęśliwy, gdy tylko dostanę lepszą pracę, pójdę na emeryturę, zbuduję dom. Stoicy nie mają wątpliwości: szczęśliwym można być tylko w chwili obecnej. „Ludzie bowiem nie żyją, tylko dopiero mają żyć” – pisze Seneka.

2010-07-06

Przyszło mi do głowy, nie po raz pierwszy, że jestem tylko stróżem mojego fragmentu wszechświata, a nie – jak chce większość religii - osobną duszą. Co by się zgadzało z opiniami niektórych psychiatrów. Antoni Kępiński pisał, że istoty żywe to układy otwarte, które istnieją dzięki metabolizmowi, stałej wymianie energetyczno-informatycznej ze środowiskiem.
Gdybym jednak myślał o sobie jako o „układzie otwartym” poczułbym się jak trybik w skomplikowanej machinerii, rdzewiejący i bez życia. Nazwanie siebie „stróżem fragmentu wszechświata” choć mniej naukowe, zachęca mnie do pewnej postawy moralnej. Jako „stróż fragmentu” mogę zadbać o to by w moim fragmencie działo się dobrze. Co to znaczy?
Źle jest, gdy urządzam mój fragment pod wpływem urojeń, jako zbiór pożądanych cech, które narzuca mi (mojemu fragmentowi) społeczeństwo: mam być piękny, wysportowany i bogaty. Mam być lepszy niż inni (inne fragmenty).
Dobrze jest, gdy - jak stoicy - uznam udział mojego fragmentu w całości, i tak go urządzę, by grał jak posłuszny instrument w orkiestrze wszechświata, bez cienia dysonansu.
Najlepiej jest, gdy - jak chce Budda - przejrzę mechanikę wiecznego kosmicznego pędu i zniknę z wszechświata w nirwanie. Posprzątam samego siebie.

2010-07-01

Gdy stoicy mówili o „człowieku pospolitym” mieli na myśli człowieka nie wytrenowanego w filozofii. Kogoś kto zostawił swoje życie mentalne na pastwie żywiołów – lęku, strzępów przeterminowanych myśli, powracających jak zdarta płyta opowieści o sobie samym i o świecie, przygnębienia, puchnącego z dumy albo ścinającego się w lód zranionego ego.
Tylko filozof (Zakochany W Mądrości) stara się krytycznie przyjrzeć temu całego chaosowi, zrozumieć jego mechanikę i poszukać w nim (ponad nim, mimo niego) szczęścia. Ta ciągle powielana próba robi różnicę.
„Człowiek pospolity utracił kontakt ze światem i postrzega świat nie jako świat, lecz środek służący do zaspokajania swoich potrzeb” - pisze Pierre Hadot w porywającej książce Filozofia jako ćwiczenie duchowe. I jest to jedna z najlepszych definicji niefilozofa, a tym samym filozofa, na jakie natknąłem się w życiu.
A co mówi o naszym współczesnych czasach? Tyle chyba, że z człowieka pospolitego uczyniły bohatera. Im więcej ktoś ze świata wyciśnie dla swoich potrzeb, tym bardziej rozpala naszą wyobraźnie. Bogaci i sławni są bohaterami pospolitej opowieści, która wlewa się do naszych mózgów nieskończonymi, multimedialnymi strużkami. I tylko utrwala przekonanie, że chaos w naszym umyśle jest stanem naturalnym, pożądanym i jedynym możliwym.
Co się stanie, gdy przestaniemy postrzegać świat jako środek do zaspokajania potrzeb? Twierdzę: obiekty wirujące w mętnym chaosie naszego umysłu same zaczną powoli opadać na dno, by odsłonić klarowne obszary czystej przestrzeni. To po to taoistyczni mędrcy wędrowali w góry, z dala od ludzkiego jarmarku. By stworzyć korzystne warunki do rozpoczęcia procesu oczyszczania umysłu. Bez wielkiego wysiłku (który nawet w medytacji przybiera postać żądzy zmieniania świata), bez specjalnej techniki medytacyjnej.
Ale smak wolności od potrzeby zmieniania świata może poczuć każdy i wszędzie. Oto ćwiczenie łatwe do wykonania w każdej sytuacji – uprawiam je czasem idąc chodnikami Warszawy. Utrzymuje w umyśle pytanie – czy w tej chwili chcę coś uzyskać od świata, czy tylko doświadczam jego istnienia? Czasami, gdy je sobie zadam w myślach otwiera się przede mną opcja – wygaszenie żądań wobec świata. Coś jakby pęka. Niemal słyszę cichy dźwięk tego pęknięcia – coś jak kliknięcie. Mój umysł i ciało wpadają nagle w stan medytacyjnego spokoju.
Pozwól czasami światu istnieć dla siebie samego – zobacz jakie to przyjemne.

2010-06-14

Komu kibicuje Bóg na Mundialu?
To nie jest wcale pytanie prowokacyjne, prześmiewcze albo bezsensowne. Cały Stary Testament jest opowieścią o Bogu, który kibicuje pewnemu wybranemu plemieniu w jego wędrówkach, potyczkach i wewnętrznych problemach. Jeśli chce pomaga temu ludowi mordując jego wrogów, jeśli chce stawia przed nim przeszkody, które najczęściej mają jakiś sens wychowawczy. W zamian żąda między innymi całkowitego niewolnictwa duchowego.
Komu kibicuje Wszechmocny na mistrzostwach świata w piłce nożnej w RPA, w sytuacji gdy reprezentacja Izraela nie zakwalifikowała się do turnieju?
Brazylijczycy powiedzą, że im. W końcu Bóg jest Brazylijczykiem, o czym świadczą sukcesy ich reprezentacji. Ta niezachwiana wiara dała do myślenia nawet FIFA, która ostrzegła brazylijskich piłkarzy, że nie życzy sobie żadnych religijnych lub politycznych manifestacji na boisku. Ciekawe czy UEFA powtórzy ten sam apel na mistrzostwach Europy w Polsce za dwa lata. Jeśli tak, założę się, że natychmiast odezwą się głosy o prześladowaniu katolicyzmu.
Na meczu Ghana-Serbia – w migawce TV – widziałem afrykańskich kibiców z tekturowymi transparentami informującymi świat, że Bóg całym sercem jest z ich drużyną. Ale nie wydaje mi się, żeby Bóg kibicował Ghanie. Lista zwycięzców Mundiali pokazuje to jasno, Bóg nie jest Ghańczykiem. Zrzekł się też obywatelstwa Izraela.
Bóg jest w pięciu osiemnastych Brazylijczykiem, w dwóch dziewiątych Włochem, w trzech osiemnastych Niemcem, w jednej dziewiątej Urugwajczykiem a także Argentyńczykiem i w jednej osiemnastej Francuzem a także Anglikiem.
Te proporcje mogą się zmienić w połowie lipca.

2009-05-16

Erozja treści w mediach, która kończy się zalewem odbiorców informacjami miałkimi – kolor majtek Dody, albo kontrowersje dotyczące ich obecności, etc… - jest pewnie wynikiem kalkulacji. Takiej oto: odbiorcy lubią takie treści, dajemy im je, osiągamy pewną publiczność i możemy sprzedawać reklamy.
Tylko czy ta kalkulacja jest słuszna?
Człowiek jest istotą, którą pragnie miłości i lęka się śmierci. Rozpiętą egzystencjalnie między potrzebą kreacji i paraliżem nieistnienia, Erosem i Tanatosem. Te dwa podstawowe instynkty, w normalnych warunkach powinny objawiać się w naszym życiu (rządzić nim) od rana do wieczora, z chwili na chwilę. Nie robią tego, bo nasza kultura wytworzyła arsenały środków znieczulających i rozwadniających te potężne energie: alkohol, narkotyki, obiekty materialne udające źródła satysfakcji. Znieczulona istota ludzka, niczym niemowlę, ssie kleik miałkich treści, bo świadomość – tak jak brzuch – czymś jednak wypełnić trzeba. Tylko, że jest to danie puste. Miałkie treści, choć zajmują uwagę człowieka całkowicie, nie nakarmią głodu egzystencjalnego.
Czy kalkulacja by je produkować jest słuszna? Co by się stało gdyby powstał portal egzystencjalny, tematyczny kanał egzystencjalny TV lub stosowna gazeta – media wypełnione wyłącznie treściami rezonującymi z pierwotnym lękiem przed śmiercią i potrzebą miłości, składające ofiarę z kontentu Erosowi i Tanatosowi? Czy ktoś by to czytał albo oglądał?
Gdzie są granice papkowatości i miałkości? Co się stanie, gdy erozja - proces, który zamienia góry w piasek – osiągnie poziom najdrobniejszych ziarenek?

2009-04-29

Czym się różni człowiek od zwierzęcia? U zwierzęcia zawsze zwycięża instynkt samozachowawczy. A u człowieka?
Portal gazeta.pl napisał o Ryszardzie S., u którego zwyciężyło coś innego. Co? O tym później.
Ryszard S. zgłosił się na ochotnika by zagrać w scence odcinka opowiadającego o zabójstwie pewnej staruszki, w ramach telewizyjnego magazynu kryminalnego 997. Scenkę, w której kupuje od ofiary butelkę wina, wyemitowano w godzinach wielkiej oglądalności, prosząc o pomoc przypadkowych świadków. Na nic – policja nie złapała mordercy.
Po latach - dzięki badaniom DNA - wyszło na jaw, że staruszkę zabił właśnie Ryszard S. Po co ryzykował zgłaszając się do programu? Po co sam się pchał w ręce policji? Dlaczego morderca wraca na miejsce zbrodni? Lampart, który zabije gazelę, zjada co jego, a resztę zostawia hienom, szakalom, sępom, mrówkom i bakteriom. Nie ciągnie go jakoś na miejsce jego myśliwskiego triumfu. Człowiek…
Gazeta.pl przypomina inny przypadek. W roku 1995 statysta-ochotnik biorący udział w rekonstrukcji ataku kilku mężczyzn na ulicy na przechodnia, okazał się jednym z jego prawdziwych morderców. W trakcie rekonstrukcji poprawiał reżysera, który nie dość precyzyjnie odtwarzał szczegóły. Gdzie był w tamtej chwili jego instynkt?
Został stłamszony przez coś co jest dla nas ważniejsze niż strach przed więzieniem czy nawet samą śmiercią – nasze ego. Potrzebę docenienia, zaistnienia, bycia zauważonym. Za wszelką cenę. Mężczyzna, o którym mówimy – być może po raz pierwszy w życiu – został autorytetem. Najwyższym ekspertem w danej dziedzinie. A, że akurat w dziedzinie zabójstwa, do którego się przyczynił, to już mniej ważne. Dziarsko dołączył do ekipy statystów. Został ich liderem, wiedział lepiej niż reżyser.
Pewnie pouczał: – O nie, co wy tam wiecie?! Płytą chodnikową to on dostał w kark, a nie w głowę!
Pewnie prężył pierś. Patrzcie to JA! JA wiem najlepiej jak było. To całe zamieszanie – statyści kamery, mikrofony, to przeze MNIE, o MNIE, na MOJĄ cześć. JA tu jestem najważniejszy. Nie spodziewaliście się, że ten niepozorny człowieczek, którego nikt nie zauważa mógł czegoś takiego dokonać, co? A jednak to JA….
Mężczyzna, o którym mówimy na wiele lat wylądował z kratkami.